SZKOLENIE POLITYKÓW

Doniesienia medialne  związane  z dniem 31 sierpnia 2017 r., jako rocznicą podpisania porozumień sierpniowych, zainspirowały mnie  do analizy kwestii obycia fachowego naszych polityków.

Jako specjalista z zakresu prawa pracy myślę, że wykonywanie każdego zawodu wymaga odpowiednich kwalifikacji przynajmniej formalnych. Tymczasem od polityków wykonujących bardzo ważne dla całego państwa zadania, nie oczekuje się niczego, poza obywatelstwem i wiekiem.

Zwykły pracownik, aby został dopuszczony do pracy musi co najmniej:

  • wykazać się zdolnością psychofizyczną do wykonywania danej pracy,
  • odbyć wstępne szkolenie w zakresie bezpieczeństwa i higieny pracy.

Tymczasem od polityka nie wymaga się nawet tych podstawowych warunków, co oznacza, że wybrany może zostać także osobnik delikatnie mówiąc niezrównoważony psychicznie, a także nieumiejący się zachować w czasie pełnionej funkcji.

Co prawda, te wstępne wymagania pracownicze mają charakter formalny, ale  w toku pracy mogą podlegać weryfikacji negatywnej, ze skutkiem zwolnienia z pracy włącznie. Polityka zasadniczo nie da się zwolnić z pracy, musi swoją kadencję odbębnić.

Nie mając minimalnych przymiotów pozwalających w sposób poprawny realizować polityczne zadania, jest w stanie bez własnej winy, spowodować poważne szkody społeczne. Nie myślę w tym miejscu o poddawaniu polityków podobnym co pracownicze wymaganiom formalnym.

Raczej mam na myśli wiedzę merytoryczną i umiejętność logicznego rozumowania, gdyż te kardynalne braki powodują emisję w eterze nie tyle subiektywnych poglądów, ile zwykłych bzdur i oczywistych przeinaczeń rzeczywistości.

Każdy polityk ma prawo do subiektywnego poglądu, chodzi jednak o to, aby nie głosił twierdzeń sprzecznych z istotą polityki, gdyż taki sposób postępowania kompromituje suwerena, jako wyborcę.

Powołałem ostatni dzień sierpnia, jako najtrafniejszy przykład obrazujący braki A,B,C, polityki wśród osób reprezentujących wszystkie funkcjonujące partie polityczne. Wszyscy bowiem, jak jeden mąż medialnie narzekali, że Polacy nie zaprezentowali jedności, lecz dzielili się na poszczególne ugrupowania, które świętowały oddzielnie.

Dyskutanci, których słyszałem w radiu i w telewizji, jednolicie ubolewali nad podziałami, dążąc usilnie do jednolitości. Budzi to moje ogromne zdziwienie, albowiem jednolitość jest cechą ustroju reżymowego, jakim był PRL! Czyżby oni wszyscy wzdychali do PRL-u?

Myślę, że nie… Raczej w ferworze i zacietrzewieniu politycznym, nie do końca rozumieją używane sformułowania. Być może nie  zastanawiają się analitycznie nad wygłaszanymi poglądami, albo zwyczajnie brak im wiedzy z A, B, C, polityki?

Zresztą, krytyka tej różnorodności i podziałów przewija się na co dzień, a co miesiąc widać ją szczególnie jaskrawo na miesięcznicach. Cóż jest w tym złego, że wokół „Smoleńska”  społeczeństwo polskie jest od 7 lat podzielone poglądowo?

Podobną sytuację, trwającą ponad pół wieku, można zaobserwować  w takiej demokracji, jak Stany Zjednoczone, np. wokół aspektów związanych z zamachem w dniu 22 listopada 1963 r. na Prezydenta J.F. Kennedy`ego.

To jest przecież normalne zjawisko, występujące w typowo demokratycznym państwie, jakim jest i za jakie chce uchodzić USA! My natomiast rozdzieramy wokół tego szaty, tworząc z boku patrząc, pogląd zmierzający do reżymowej jednolitości.

Trzeźwo patrząc na dzień 31 sierpnia 1980 r. należy uznać, że zwolennicy demokratycznej Polskie osiągnęli sukces, ale to nie miało wiele wspólnego z jednolitością. Byli wówczas i są dzisiaj w Polsce przeciwnicy demokracji, w każdym razie w wydaniu obecnej Konstytucji.

I cóż w tym złego? Dobrze, że są, bo to potwierdza rzeczywisty pluralizm polityczno-poglądowy. Jeśli każde ugrupowanie polityczne, głoszące określone przekonania postępuje w granicach obowiązującego prawa i nie usiłuje siłą zmienić ustroju państwa, to w takich podziałach nie ma nic złego.

Przeciwnie, owa wolność polityczna jest konieczna, gdyż dąży do kształtowania się wyższych form społeczno-polityczno-gospodarczych od obecnie funkcjonujących, czyli jest zarzewiem rozwoju.

Brak zrozumienia tych zagadnień przez polityków wszystkich dzisiejszych opcji politycznych jest jednak poważnie niepokojący. Oznacza to bowiem, że żyjemy w jakichś futurystycznych realiach, w których fachowcy od polityki nie rozumieją podstawowych założeń funkcjonowania ustroju politycznego o charakterze demokratycznym.

Jak sama nazwa wskazuje, demokracja, to rządy większości, a skoro tak, to z założenia w demokrację są wpisane odmienne poglądy, propagowane przez przegłosowaną mniejszość. Dążenie wszechstronne do jednolitości jest w istocie zaprzeczeniem funkcjonowania reguł demokratycznych.

Z takim zjawiskiem mamy do czynienia nie tylko w Polsce ale też w Unii Europejskiej. To urzędnicy brukselscy chcieliby ujednolicenia poglądów i ocen, wedle zdania dwóch potentatów unijnych, czyli także dążą do jednolitości, burząc rzeczywistą demokrację.

Polityka, jako narzędzie władzy ma służyć całemu społeczeństwu. Aby tak było, politycy powinni być światli, wykształceni, a w każdym  razie należałoby stworzyć odpowiednie regulacje prawne dające im ku temu szansę.

Morałem końcowym felietonu jest propozycja powszechnego, merytorycznego kursu szkoleniowego, obligatoryjnego dla każdego potencjalnego polityka dowolnego szczebla władzy.

Nie bójmy się uczyć, bo na naukę zawsze jest czas. Podnoszenie kwalifikacji przez rzesze polityków byłoby także doskonałym przykładem dla społeczeństwa, potwierdzającym potrzebę powszechnej, stałej edukacji.

Problem, jak się okazuje jest nadal aktualny, o czym donoszą media tuż przed świętem 11 listopada 2017 r. Okazuje się, że nadal największą troską polityków wszystkich opcji są objęte utyskiwania nad brakiem wspólnego obchodzenia tego święta, w ramach wspólnoty ogólnonarodowej, czyli dawnego FJN…

Tadeusz Michał Nycz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *