Motto: czyli chodzenie dookoła problemu bez wkraczania w sedno…
Mamy problem długoletni wytaczający spór krajowy i unijny. Zagadnienie powinno być znane przeciętnemu wyborcy uczestniczącemu choćby pośrednio w tym rozgardiaszu po którejś jego stronie. Czy tak jest zbadałem przy pomocy encyklopedii.
Sięgnąłem do „Encyklopedii Prawa” Wydawnictwo C.H. Beck Warszawa 1999, aktualnej, bo wydanej po wejściu w życie Konstytucji RP w 1997 r. Okazało się, że zwrotowi temu nie poświęcono nawet odrębnego hasła odsyłając do „wymiaru sprawiedliwości”.
Problem głęboko zastanawia, ponieważ „niezawisłość sędziowska” to kluczowe zagadnienie związane z praworządnością. Wygląda na to, że ktoś jest zainteresowany, aby przeciętny obywatel nie wiedział, o co w tym wszystkim chodzi?
Z przeczytanego hasła „wymiar sprawiedliwości” wynika, że istota zagadnienia sprowadza się do tego, aby sędzia działał wyłącznie na podstawie przepisów Konstytucji RP i obowiązujących ustaw.
Zapisane tam warunki, które trzeba spełnić, aby stworzyć sędziemu stan, w którym będzie się kierował Konstytucją RP i ustawami mają wszystkie charakter pomocniczy, czyli rzeczywiście nie zmuszą sędziego do przestrzegania prawa, ale dadzą mu tylko taką szansę.
Jak to wygląda praktycznie wystarczy spojrzeć na polityczne przepychanki. Zasadniczy problem krajowego sporu politycznego sprowadza się do istnienia lub nieistnienia neo sędziów. Jedni sędziowie uważają, że mamy neo sędziów, a inni temu zaprzeczają.
W konsekwencji logicznej jedna ze stron musi się mylić, czyli nie działać zgodnie z Konstytucją i obowiązującymi ustawami. Wynika z tego, że opisywane w encyklopedii pośrednie warunki sprzyjające niezawisłości sędziowskiej nie sprawdzają się w realu.
Co może lepiej sprzyjać, czy gwarantować jednolite przestrzeganie przepisów prawa? Otóż rozwiązaniem takim jest legalna, wiążąca wykładnia ustaw, która zmusza sędziego do jednakowego stosowania prawa, pod groźbą własnej odpowiedzialności za jego naruszenie.
Analogicznie, legalna wykładnia ustaw oddziałuje na urzędników administracji publicznej. W Polsce przetestowaliśmy ten system w latach 1989-1997, po czym z trudno zrozumiałych względów odstąpiliśmy od niego, wprowadzając w zamian śmieszne erzace.
Dla Prezydenta RP, parlamentarzystów, rządu, sędziów i wyższych urzędników ustalono ślubowanie przestrzegania przez nich Konstytucji i ustaw. Dla świata nauki: Akademicki Kodeks Wartości i dla różnych innych profesji kodeksy etycznego funkcjonowania.
Wszystko, mówiąc dosadnie, to pic na muchy fotomontaż, skoro nie ma elementu zmuszającego te podmioty realnie do przestrzegania prawa pod groźbą kary za jego naruszenie. Dla zrozumienia prosty przykład.
Załóżmy, że mamy „Kodeks etycznej jazdy kierowcy”, obowiązują dotychczasowe znaki drogowe, ale za ich naruszenie nie grozi odpowiedzialność prawna. Ilu kierowców przestrzegałoby reguł drogowych niech Czytelnik odpowie sobie we własnym sumieniu…
Właśnie stworzyliśmy w naszym systemie prawnym taką sytuację i dziwimy się wielce brakiem praworządności. Dlaczego tak się stało? Zmierzając do członkostwa w UE skłoniono nas chyba do dostosowania systemu polskiego prawa do systemu prawa unijnego.
Prawo UE nie posiada także wiążącej wykładni i dlatego władze mogą bezkarnie różnie traktować członków wspólnoty, nie będąc za to nierówne traktowanie pociągani do odpowiedzialności prawnej, bo ona w tym systemie prawa nie obowiązuje.
Mogą nam bezczelnie zarzucać brak demokracji i pozbawiać należnych funduszy, ponieważ wiedzą, że pozostają bezkarni. Podobnie kierowca w podanym przykładzie będzie naruszał przepisy drogowe, bo wie, że nie grozi mu żadna odpowiedzialność prawna.
Oni wszyscy mogą nam przysłowiowo grać na nosie, bo daliśmy się oszukać, akceptując Konstytucję RP bez elementu legalnej wykładni ustaw. Jak długo większość wyborców nie zrozumie tych zagadnień, tak długo trudno oczekiwać naprawy systemu prawnego.
Władze nie są tym zainteresowane, ponieważ doskonale żyją w warunkach realizacji obcych interesów, partycypując w korzyściach, przy równoczesnym braku własnej odpowiedzialności za rażące naruszenie prawa, które bryluje już na szczeblach najwyższych struktur państwa.
My tak widzimy praworządność, powiadają medialnie i co nam zrobicie, czyli mamy tekst z sekwencji ukradzionego płaszcza w szatni ze znanej rodzimej komedii…! Żadna zupa…, czy inna przystawka niczego nie zmieni, bo nie sprowadzi bicza na własny grzbiet!
Czas najwyższy zrozumieć tę prostą sprawę i zacząć działać w formie wymuszenia referendum, bo tylko my, jako większość wyborców mamy możliwość skutecznie zażądać przywrócenia legalnej wykładni ustaw, bez której nie ma realnych szans na praworządność.
Wszelkie bujdologie naukowe, czy pseudonaukowe uderzające w tę wykładnię i czyniące ją zbędną są tylko i wyłącznie na usługach tych, którzy chcą naszym kosztem, bo za nasze pieniądze podatkowe żyć jak pączki w maśle i śmiać się w twarz z naszej głupoty.
Tadeusz Miłowit Lubrza