REFORMA…

Motto: kto blokuje racjonalność organizacyjną służby zdrowia?… 

Zawodowo moje oczy były dosyć mocno obciążone i stąd w pewnym momencie stanąłem przed koniecznością wymiany soczewek. Spowodowało to intensywny kontakt z szeroko rozumianą służbą zdrowia.

Jako starający się konstruktywnie patrzyć na rzeczywistość po przejściu tych meandrów nasunęły mi się  pewne spostrzeżenia, którymi chciałbym się podzielić z nadzieją, że być może przydadzą się w trakcie kolejnej reformy tej dziedziny życia społecznego.

Czy tak będzie, trudno przewidzieć, ponieważ realia pokazują, że my tkwimy nadal głęboko w mentalności socjalistyczno-komunistycznej i nie możemy się od niej uwolnić, mimo istnienia prostych środków usprawniających daną dziedzinę życia.

Przedmiot szeroko rozumianej organizacji, jako sprawności działania jest wykładany na wielu kierunkach wyższych studiów, z tym, że praktyczne wykorzystywanie tej nauki ma charakter aż nazbyt znikomy.

Czy tak będzie z niżej określonymi słowami trudno przewidzieć, ale aby się przekonać trzeba robić swoje. Zacznę od modelu ubezpieczeń społecznych, który z niezrozumiałych względów ogranicza prawa pacjenta ubezpieczonego do korzystania z ulg i dofinansowań.

W moim przypadku dowiedziałem się, że publiczna służba zdrowia dysponuje przeciętnej jakości soczewkami, które dla mnie akurat nie byłyby najlepsze, toteż postawiłem pytanie, czy mógłbym zamówić potrzebne mi soczewki i dopłacić różnicę ceny?

Okazuje się to niemożliwe, co stawia pacjenta w trudnej sytuacji finansowania soczewek dobranych właściwie do oczu. Jakieś przeszkody biurokratyczne eliminują prawo korzystania z dofinansowań przewidzianych z Narodowego Funduszu Zdrowia.

Sprawa wygląda absurdalnie, gdyż całe życie pacjent opłaca składki na ten fundusz, a jak zaistnieje potrzeba dobrej jakościowo soczewki, dobranej właściwie do jego oczu, to musi zapłacić z własnej kieszeni pomimo posiadania praw wynikających z ubezpieczenia.

Wygląda to trochę tak, jakbyśmy płacili składki na fundusz zdrowotny właściwie nie wiedząc dokładnie, co on nam może za te nasze świadczenia zaoferować. W kulminacyjnym punkcie choroby zostajemy zarzuceni masą przepisów uniemożliwiających korzystanie z tego prawa.

Kolejny paradoks. to brak dofinansowania na niezbędne lekarstwa, które przepisał lekarz na wizycie prywatnej.  Aby skorzystać z możliwości takiego dofinansowania trzeba pójść do lekarza rodzinnego i otrzymać analogiczną receptę na ten sam lek.

Pytam, po co ten cały korowód utrudniający tylko ubezpieczonemu pacjentowi życie? Nikt ze służby zdrowia tak prywatnej jak i publicznej nie był w stanie tego logicznie wytłumaczyć, poza stwierdzeniem, że takie są przepisy!

Być może, że to specyficzna oszczędność, gdyż skołowany pacjent, którego stać na zapłacenie prywatnej wizyty u lekarza specjalisty, wykupi receptę, bo nie ma już siły dalej uczestniczyć w tym idiotycznym trybie postępowania, w końcu czas choroby to też pieniądz.

Mówi się głośno o poprawie organizacji służby zdrowia i skróceniu kolejek do lekarzy, ale nie ma na to szans, przy tego rodzaju nonsensownych przepisach. Kolejny problem to profilaktyczne badania lekarskie pracowników.

W ramach tego trybu postępowania lekarz przeprowadzający badania w razie stwierdzenia u pacjenta podejrzenia choroby wymagającej interwencji u specjalisty, nie może wystawić skierowania do takiego specjalisty, co sprowadza go do roli felczera, a nie lekarza!

Zakazem kładziemy działalność profilaktyki zdrowotnej, bo gdyby lekarz przeprowadzający profilaktyczne badania pracowników wystawiał skierowanie do specjalisty, a następnie kontrolował realizację w czasie kolejnych badań okresowych, to byłby jakiś sens.

Z psychologicznego punktu widzenia istniałby nacisk na pracownika, aby do specjalisty się udał. Pewnie nie wszyscy by to robili, ale zdecydowana większość, ponieważ sprzyjałaby temu kontrola realizacyjna rzutująca być może na następną zdolność pracownika do pracy.

Prewencja zdrowotna zaistniałaby powszechnie, gdyż profilaktycznym badaniom lekarskim podlegają wszyscy pracownicy, a zatrudnionych w tej formie jest wiele milionów osób. Dlaczego tak prostej zmiany organizacji tych badań nie wprowadzono, trudno zrozumieć.

Proponowane rozwiązanie nie jest przecież żadnym odkryciem epokowym, lecz konsekwencją logicznego, poprawnego ciągu postępowania, które przy zdroworozsądkowym podejściu samo się narzuca, jako pierwsza myśl.

Niestety nie jest to jedyny przypadek niewykorzystywania koncepcji organizacyjnych dla dobra narodu, stąd rodzi się pytanie, czy jest jakaś niewidzialna siła, która blokuje zastosowanie prostych, rzucających się w oczy rozwiązań?

Trudno inaczej doszukiwać się prawdy, gdyż klarowność organizacyjna proponowanego trybu postępowania jest przysłowiowo prostsza niż budowa cepa! Może nowy Prezydent RP coś tutaj skutecznie zadziała, bo jak dotychczas o reformach słyszymy same slogany.

Tadeusz Michał Nycz

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *