Motto: czyli objawy chorobowe współczesnej nauki prawa…
Ze zdumieniem przeczytałem na stronie 69 w skrypcie dla studentów pt. „Wstęp do prawa cywilnego”, z 2025 r. autorstwa Zbigniewa Radwańskiego i Adama Olejniczaka, że we współczesnym prawie nie obowiązuje zasada: „clara non sunt interpretanda”!
Ta żelazna zasada przywoływana w encyklopediach prawniczych, jako podstawowy praworządnościowy kanon oznacza, że jeśli tekst prawny poddany wykładni językowej jest jasny i nie budzi żadnych wątpliwości, wówczas kończy się cały proces wykładniowy.
Nie wolno dokonywać wykładni systematycznej czy celowościowej albo jeszcze innych sposobów tłumaczenia przepisu prawa, ponieważ wola ustawodawcy w jasnym tekście prawnym została jednoznacznie zapisana i wiadomo co jest nakazane lub zakazane.
Praworządność polega na tym, że przestrzegamy ustanowionego prawa przez ustawodawcę, bo on jest uprawniony do jego stanowienia, a nie interpretator. Ten ostatni może dokonywać poza językowych dalszych wykładni jedynie wówczas, gdy przepis budzi wątpliwości.
Kiedy regulacja prawna jest niejasna, wówczas trzeba sięgnąć do wykładni systematycznej, a następnie w kolejności do celowościowej i w ten sposób wykazać, jaką rzeczywistą wolę przejawił parlament, który w ramach wykładni autentycznej może także to wyjaśnić.
Odstąpienie od zasady „clara non sunt interpretanda” włożone poważnie w usta jakiegoś profesora nauk prawnych dowodzi, że ten osobnik podcina fotel, na którym przyszło mu siedzieć, ponieważ prawo prowadzi do absurdu.
W trójpodziale władzy, stanowienie prawa należy do władzy ustawodawczej, której rozstrzygnięć żaden interpretator nie może naginać do jakichś wydumanych własnych celów, jeżeli przepis językowo jest jasny, bo wówczas mamy do czynienia z klasyczną anarchią.
W powołanym podręczniku właściwie nie wiadomo, kto jest ojcem wypowiedzi stwierdzającej, że zasada „clara non sunt interpretanda” nie obowiązuje. Niby widnieje zapis, że dane poglądy to naukowa ocena autora, ale nie wiadomo, którego?
W rzetelnych książkach sporządzanych zbiorowo, zawsze pod określonymi fragmentami zapisywano, kto jest autorem danej treści, np. „Kodeks Pracy Komentarz” pod red. prof. Tadeusza Zielińskiego, Warszawa 2000, na każdej stronie podano autora.
Profesor Tadeusz Zieliński to jeden z najwybitniejszych naukowców, stąd słusznie jego komentarz uchodzi za dzieło niemal perfekcyjne. Weźmy jednak inny przykład „Kodeks pracy 2011 r. komentarz” pod red. Barbary Wagner, ma analogiczne zapisy autorów.
Tutaj mamy pozycję dwóch autorów, z których pierwszy, co zaznaczono, już nas opuścił w 2012 r. W treści podręcznika nie podano, które rozdziały są autorstwem, którego autora, ani tak, jak w powołanych „Komentarzach”, nie ma informacji o tym na każdej stronie książki.
Przypisywanie współautorstwa osobie już nieżyjącej należy w tym przypadku do sytuacji nietypowej. Owszem, spotkałem się z tym, że rok śmierci danego autora nakłada się z rokiem publikacji opracowania, co uniemożliwiało praktycznie osobową podmianę.
Tak odległy okres kilkunastu lat budzi wątpliwości, co do współautorstwa tej rewelacji o nieobowiązywaniu w prawie jej żelaznej reguły, tym bardziej, że nie przypominam sobie, aby prof. Zbigniew Radwański w indywidualnej publikacji o tym pisał.
Wyjaśnienie przyczyn nonsensownego twierdzenia łączy się bezpośrednio ze współcześnie głoszoną teza, o tym, że praworządność będzie przywracana wedle tego, jak ją rozumie określony polityk, czy partia, a nie wedle brzmienia językowo zrozumiałego prawa.
Ta potrzeba chwili jest szczególnie paląca, ponieważ intrygi o neo sędziach nie da się w żaden sposób wyjaśnić pod rządami zasady „clara non sunt interpretanda”, toteż konieczne było wydumanie koncepcji obalającej tę żelazną zasadę prawną.
Z art. 187 Konstytucji RP w sposób niebudzący żadnych językowych wątpliwości wynika, że PiS dokonał ustawowej zmiany w zakresie powoływania 15 członków Krajowej Rady Sądownictwa w trybie całkowicie zgodnym z Konstytucją.
Ta poprawna reguła nie odpowiada ani dzisiejszej polskiej ani unijnej władzy, toteż trzeba było coś wymyślić na okoliczność uzasadnienia pierwszeństwa twierdzenia o spójności konstytucyjnej wymagającej np., aby sędziowie sami siebie wybierali.
Przy pomocy wykładni historycznej można też dowodzić, że wybór sędziów przez sędziów był wolą ustawodawcy, bo został uzgodniony przy „okrągłym stole” i tylko przez nieuwagę pominięto go w tekście ustawy zasadniczej.
To nic, że prof. Andrzej Zoll, jako Rzecznik Praw Obywatelskich (zob. „Rzeczpospolita” z dnia 5.02.2001 r.) dowodził, że przy wykładni prawa nie ma znaczenia zamiar ustawodawcy, ale to, co uchwalił, bo wywrócimy to do góry nogami, gdyż taka potrzeba chwili!
W tych warunkach pozostaje mi sięgnąć do „Słownika wyrazów obcych i zwrotów obcojęzycznych” autorstwa Władysława Kopalińskiego, Warszawa 1968 r., gdzie zdefiniowano pojęcie semiotyki, jako nauki o objawach chorób.
Medycznie mamy do czynienia z bardzo zaawansowaną, obłożną chorobą nauk prawnych, której objawy ujawniają się w kolejnych fantastycznych, księżycowych poglądach, burzących cały dotychczasowy porządek prawny.
Karabeusz