DYPLOMACJA…

Motto: czyli sztuka dialogu politycznego…

Właściwie definicja załatwia wszystko i niczego dodawać nie trzeba, poza przysłowiowym twierdzeniem, że rasowy, doświadczony dyplomata w trudnej sytuacji nigdy nie mówi: „tak”, nigdy nie mówi: „nie”, ale najczęściej powie: „może”.

Tych trzech słów brakuje rodzimej dyplomacji i dlatego ciągle na nią narzekamy. Nie bez powodu współczesność narodową nazywamy postkomunistyczną, gdyż co bardziej prominentni politycy zachowują się w tym właśnie stylu…

Niektórym kacykom wydaje się, że jeżeli przyjmą wzory anegdotycznych przykładów radzieckich, to osiągną szczyty polityczno-dyplomatyczne. Nawiązuję do incydentu z Nikitą Chruszczowem na pewnej konferencji w Wiedniu.

Wówczas przywódca ZSRR zdjął but i zaczął nim walić o blat stołu, chcąc wymusić posłuch dla swoich słów. Masa okoliczności związanych z tym zdarzeniem przeczy zdrowemu rozsądkowi wzorowania się na nim współcześnie.

Zacząć trzeba od przysłowia: co wolno wojewodzie, to nie tobie smrodzie… Chruszczow mógł sobie bezkarnie pozwolić na ten incydent, bo był przywódcą ówczesnego niekwestionowanego mocarstwa.

Poza gestami politowania i śmiechu inne konsekwencje światowe mu nie groziły. Nasz nieodrodny syn tej samej ideologii myślał może, że jak epitetami dołoży przywódcy największego współczesnego mocarstwa, to pozyska powszechny aplauz.

Kiedy mleko się wylało, bo dostał nauczkę-ripostę od ambasadora, to zaczął ściemniać i przeinaczać fakty. Wmawia mocarzowi, że ten nie szanuje polskiego żołnierza, choć na jego temat nie padło ani jedno konkretne słowo.

To, znów powołuje się na konsultacje swojego wystąpienia z resortem spraw zagranicznych, co tylko pogarsza sytuację. Gdyby ta konsultacja miała miejsce, to oznaczałoby, że w MSZ mamy samych dyplomatołków zamiast dyplomatów!

Naród, już musi chyba żałować, że przez pomyłkę wybrał sobie taką władzę. Mamy przecież najlepsze w historii stosunki polityczno-militarno-gospodarcze ze Stanami Zjednoczonymi a jakiś gość, chyba niespełna rozumu usiłuje je zniszczyć.

Współczuję premierowi, bo został wpuszczony przez koalicjanta w maliny, bez wyjścia. Na słowa ambasadora o świetnych układach z rządem, pewnie głównie z MON, przeczyć nie może, gdyż utopiłby całą swoją politykę obronną.

Zmienić nieodpowiedzialnego kacyka chyba się nie da, bo znajduje on poparcie nie tylko we własnej partii, stąd koalicja rozpadłaby się jak domek z kart. Bez dobrej współpracy z USA egzystować nie można, o czym wie nie tylko on, ale i wszyscy sojusznicy europejscy.

Na Prezydencie RP oprzeć się nie sposób, bo cały bagaż nabluzganych przeciwko niemu inwektyw niweczy szanse porozumienia. Najlepiej podać się do dymisji i czmychnąć na zachód, tak jak to uprzednio już uczynił… Sytuacja jednak zmieniła się diametralnie.

Kiedyś był potrzebny wspólnocie na posługi… Chcieli, aby podmienił rząd w Warszawie i nadal jak najdłużej trwał. Już dzisiaj zaczynają traktować go obco, w myśl reguły: Murzyn zrobił swoje, Murzyn może odejść…

Pozostaje może ostatnia deska ratunku, czyli odwołanie się do poprzedniego sprzymierzeńca, którego traktował tak, jak on wyglądał… Rzecz w tym, że i tu jest problem, gdyż był tylko potrzebny, jako swój człowiek w Warszawie… A po stracie władzy będzie bezużyteczny.

Pozostały jedynie obszary i państwa całkowicie odmienne i oddalone od naszej cywilizacji, czyli Chiny i Indie, ale cóż one mogłyby od niego w zamian pozyskać, aby uczynić go swoim człowiekiem w Warszawie…?

Naturalną koleją losu jest emerytura. Tutaj konkurencyjna zazdrość i zawiść nie pozwala mu wcześniej odejść w stan spoczynku od swojego starszego znienawidzonego przeciwnika, który podreperował ostatnio zdrowie i trwa na posterunku politycznym.

W tych okolicznościach emerytura nie wchodzi w grę, zresztą nie byłaby ona spokojna. Cały czas musi się przecież liczyć, że przyjdzie mu chyba pokosztować reperkusji za dyktatorskie anty demokratyczne i bezprawne rządy.

Może dopiero wówczas zrozumie, że jak się ma niechętnych sąsiadów po obu stronach granic, to warto szukać daleko prawdziwych przyjaciół i nie wolno zaprzepaścić niepowtarzalnej szansy sprzyjania nam przez mocarza.

Trafiło mu się jak ślepej kurze ziarno, z którego nie potrafił zebrać owocu. Zaprzepaścił niepowtarzalną szansę nie tylko dla narodu, który przez wieki wzdychał do takiej sytuacji, ale przede wszystkim dla siebie, bo jak wiadomo fortuna na pstrym koniu jeździ…

On najwyraźniej wybrał niewłaściwego rumaka…, a sama umiejętność liczenia w krytycznych chwilach, kiedy potrzeba zliczyć głosy, nie jest wystarczająca do sprawnego sprawowania władzy, gdyż brak dyplomacji pozostawia bezapelacyjnie na lodzie…

Będąc z nią na bakier, musi uruchomić kształcenie, gdyż na naukę nigdy nie jest za późno.  Na własnych błędach ma szansę założyć Polską Szkołę Dyplomacji (PSD) i począć od podstaw wykładać łopatologię dyplomatyczną koalicjantom – może to coś da, kto wie…?

Karabeusz

 

 

 

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *