KONCEPCJE UNII EUROPEJSKIEJ

Ojcowie założyciele, w tym Maurice Schumann, prezentowali pogląd o organizacji wielopaństwowej, która stopniowo będzie zacieśniać swoje więzi społeczno-polityczno-gospodarcze. Właściwie gospodarka, w tym wymiana handlowa, miały początkowo priorytetowe znaczenie.

Dzisiaj, kształtowana jest koncepcja Stanów Zjednoczonych Europy (SZE). Teoretycznie, rozwiązanie nie jest złe, tyle, że można i należy do niego dochodzić ewolucyjnie. Plusy tej koncepcji polegają na stworzeniu silnego, jednolitego państwa europejskiego, które w świecie odegrałoby podobną, a może lepszą rolę niż USA?

Problem sprowadza się do tego, że każda idea, przekuwana w realizacyjną koncepcję, musi być możliwa do wprowadzenia, w wyniku większościowej zgody. Tymczasem władze UE takiej zgody obecnie nie mają, a mimo tego wskazany twór wspólnoty usiłują na siłę wdrażać.

Czynią to wbrew tendencji odśrodkowej… Przykładowo, niezbyt wielka Jugosławia rozbiła się u schyłku XX wieku na kilka odrębnych państw. Podobne realne koncepcje polityczne funkcjonują w Hiszpanii, we Włoszech, czy w Wielkiej Brytanii. Ta ostatnia w celu m.in. przeciwdziałania rozbiciu państwa postanowiła właśnie wystąpić ze wspólnoty europejskiej.

Sama idea stworzenia Stanów Zjednoczonych Europy jest oczywiście korzystna i pewnie funkcjonowanie takiego państwa przyniosłoby pozytywne skutki tak gospodarcze, jak militarne, czy społeczne.

Problem sprowadza się do tego, że w dzisiejszych czasach jest to koncepcja utopijna, idąca pod prąd poglądom większości narodów wspólnoty europejskiej. Ewolucyjny charakter dążenia do SZE musiałby się rozpocząć od akceptacji wspólnego, oficjalnego języka, którym posługiwaliby się wszyscy mieszkańcy, obok języka ojczystego.

Konieczna byłaby zgoda (np. w wyniku referendum unijnego) na powszechną, od szkoły podstawowej, edukację w tym języku. Wdrożenie programu językowego stanowiłoby podstawę dążeń do wspólnoty w ramach Stanów Zjednoczonych Europy.

Taki proces musi jednak trwać. Tego nie da się skutecznie wdrożyć w kilka, czy kilkanaście lat. Całe nowe pokolenia objęte edukacją językową, po dłuższym czasie, w sposób naturalny odczułyby wspólnotę z ludźmi z innego państwa Europy, ze względu na możliwość porozumienia się we wspólnym języku.

I to jest pierwszy krok na drodze do rzeczywistej wspólnoty społeczeństwa europejskiego, integrowanego w strukturę jednego wielkiego państwa. Tymczasem zamiast tego, obecnie dąży się do wspólnoty walutowej, co jest rozwiązaniem perspektywicznie dobrym, ale dzisiaj nie najważniejszym.

Aktualni politycy brukselscy zdają się iść na skróty i opuszczać poszczególne, niezbędne etapy tworzenia ścisłej wspólnoty, co niestety pozytywnego efektu przynieść nie może. Ludy Europy, nawet jeśli na co dzień dokładnie sobie tego nie uświadamiają, są jednak immanentnie związane ze swoimi ojczyznami.

Nie da się, wobec tego, całkowicie wykorzenić w Europie chrześcijaństwa, czy to poprzez modę „multi-kulti”, czy w wyniku najazdu islamistów. Nie tędy droga. Prawdziwą integrację można tworzyć tylko w sposób naturalny, oparty na wspólnocie języka, bo jest to podstawowy element służący, historycznie rzecz biorąc, budowie wszystkich państw dotychczasowej Europy.

Jeśli rządzący w Brukseli tego nie rozumieją, to może rzeczywiście prawdziwe jest twierdzenie, że w pogoni za pieniądzem utracili całą zdobytą w ramach edukacji wiedzę, co doprowadziło do przysłowiowego styropianu w mózgu…?

Karabeusz