DOŚĆ…?

Motto: czarne karty historii Polski…

Słysząc nieraz przy okazji różnych uroczystości patetyczne słowa o Polakach, Ojczyźnie, charakterze bohaterskiego rodaka, tożsamości narodowej, etc., zastanawiam się, jacy my jesteśmy i kiedy własne błędy jasno, dosłownie zrozumiemy?

Opatrzność sprowadza na narody zdarzenia, w tym nieszczęścia, których przeżycie ma być przestrogą, refleksją na przyszłość. Z tego powodu na efekty II wojny światowej, w tym śmierć blisko 6 milionów rodaków musieliśmy w historii zdrowo nabroić.

Mamy rok 1076, Bolesław Śmiały zakłada koronę królewską. Stopniowo w kraju wrze niezadowolenie i bunt przeciwko władcy podsycany przez wojewodę Sieciecha, jako stronnika frakcji niemieckiej, chcącej widzieć Polskę uzależnioną od cesarstwa.

Do zdrajców przystaje biskup krakowski Stanisław, który pod pozorem przestróg kierowanych do porywczego króla legitymizuje ze strony panującej religii katolickiej bunt przeciwko władcy, jako rzekomo uzasadniony.

Król po skazaniu na śmierć zdradzieckiego biskupa zmuszony jest opuścić Polskę. Wyjeżdża na Węgry, gdzie dożywa swoich dni, a w kraju panuje poddańczy cesarstwu książę Władysław Herman, któremu nie w głowie była koronacja sprzeczna z interesem sąsiadów.

Szczególnie naganne jest to, że Kościół Katolicki za sprawą zapewne Niemiec doprowadził do kanonizacji biskupa i tego buntownika Polska przyjęła sobie za patrona w miejsce prawdziwego męczennika świętego Wojciecha.

Historie gloryfikowania postaci, które na to nie zasługują przewijają się w dziejach Ojczyzny zbyt często. Jest rok 1295 monarchą zostaje Przemysł II, który zmierza do zjednoczenia królestwa, godząc w interes sąsiadów z zachodu i południa.

W rok później króla zamordowali zamachowcy wywodzący się m.in. z rodu Nałęczów, opłacanych z kasy niemieckich możnowładców, co nie doczekało się większej refleksji w historii. W końcu Władysław Łokietek zjednoczy królestwo z siedzibą w Krakowie.

Kraków łączy się z wielkimi zdarzeniami w naszej historii i kulturze, stanowiąc też zawsze szczególnie ważny punkt odniesienia w rozumieniu tożsamości narodowej. W takich chwilach od 1520 r. rozbrzmiewa dzwon Zygmunta, którego nazwa pochodzi od władcy Starego.

Wszelako król Zygmunt Stary w żadnej mierze na ten dzwon nie zasłużył. Nie tylko był słabym, nieudolnym, ale jeszcze przyczynił się swoimi 4 fatalnymi edyktami do zniszczenia warstwy chłopskiej, dzięki której w jego czasach kraj mlekiem i miodem płynął.

Co ważniejsze okazał się zdrajcą interesu narodowego. Zamiast wyrugować i zniszczyć Zakon Krzyżacki, a miał ku temu możliwość, doprowadził do jego sekularyzacji i bytu antypolskich Prus, poprzez przyjęcie hołdu od siostrzeńca Albrechta Hohenzollerna.

Prywata i zdrada legły u podstaw tego zdarzenia i dlatego dzwon nie powinien nosić jego imienia, lecz imię np. jego ojca Kazimierza Jagiellończyka z racji choćby późniejszego pochodzenia wielu europejskich dynastii skoligaconych z nim i z Elżbietą Rakuszanką.

Kolejny Zygmunt z dynastii Wazów, chciał przehandlować koronę polską za szwedzką, co splendoru mu nie przynosi. Okazał się do tego zbrodniarzem, bo po upadku powstania Nalewajki (1596 r.) kazał przywódcę i kilkanaście tysięcy jeńców wymordować.

Czyn ten miał miejsce mimo traktatu poddańczego, w którym jeńcom zagwarantowano życie.  I takiego zbrodniarza do dziś czcimy przy pomocy kolumny na placu zamkowym w Warszawie, będącej elementem charakteryzującym naszą stolicę.

Nie mieliśmy niestety szczęścia do Wazów, bo Zygmunt III okazał się zdrajcą, mordercą i wiarołomcą, jego syn Władysław IV prawdopodobnie wenerykiem, a Jan Kazimierz sam zrezygnował z tronu, chyba ogromnie zmęczony panowaniem.

To za jego czasów mieliśmy do czynienia z rokoszem Lubomirskiego (1666 r.), kiedy to w bitwie pod Mątwami wojska rokoszan pokonały oddziały królewskie, a w walce zginęło po obu stronach około 400 żołnierzy.

Po kapitulacji wojsk królewskich Jerzy Lubomirski kazał wymordować ponad 3.000 najlepszych polskich żołnierzy. Za ten czyn został w końcu pozbawiony godności i wyjechał z kraju. Jednak Sejm za czasów Michała Korybuta Wiśniowieckiego przywrócił mu godności.

Opatrzność patrząca z góry na to, co my Polacy robimy musiała doznać potężnego bólu głowy. Nic dziwnego, że w warunkach dalszego hołubienia zdrajców typu Braniccy zesłała nam ponad 100 letni okres zaborów dla opamiętania się!

Po wielkich trudach Polska w końcu odrodziła się, lecz już na początku II RP zamordowano pierwszego Prezydenta RP Gabriela Narutowicza. Na przywódcę ratującego państwo w wyniku zamachu majowego (1926 r.) poczęły spadać kalumnie i potwarze.

Nic więc dziwnego, że Opatrzność zabrała go przed kolejnym kataklizmem, którego przeżyć nie był godzien, bo dość już wycierpiał dla odrodzenia państwa polskiego. Osamotnieni, zdradzeni przez koalicjantów doznaliśmy strasznej okupacji, potem blisko pół wieku niewoli.

W końcu osiągnęliśmy i mamy wolną Ojczyznę, ale nie potrafimy nią zarządzać. Dopuszczamy do władzy zdrajców interesu narodowego… Ciekawe, kiedy rodacy się zreflektują, może wystarczy już tych historycznych nauczek – doświadczeń…?

Tadeusz Miłowit Lubrza

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *