Motto: czyli czynności przed i po wyborach…
Rządzenie to relacja zachodząca miedzy kandydatami do sprawowania władzy a ich mandatariuszami. Charakter stosunków zależy od chwili, którą analizujemy. Wszystko zaczyna się w momencie pojawienia osób zdecydowanych na tę relację.
Wybór przyjęcia odpowiedzialności za znalezienie się w kręgu władzy tylko pozornie wydaje się łatwy. Chętni nie wiedzą w co się pakują, ponieważ nie mamy żadnego modelu edukacyjnego przygotowującego do tej roli.
W konsekwencji, kandydat jest samoukiem doświadczalnie uczącym się roli przez lata sprawowanej funkcji. To może brzydko zabrzmi, ale jedyną zachętą jest wyraźna rysująca się perspektywa osobistych korzyści finansowych…
Zachęta nie jest najlepiej oceniana społecznie, dlatego każdy kandydat tworzy bajeczkę programową, wokół której prezentuje siebie w najkorzystniejszych barwach, choć jeszcze nie zdaje sobie sprawy z iluzji tego działania.
Startujący po raz pierwszy święcie wierzy w rzetelność merytoryczną programu lecz bardzo szybko sprowadzany jest na ziemię. Za młodu, przynajmniej jak dotychczas, uczony był definicyjnego pojęcia dobra oraz zła, a w kręgu tego ostatniego było kłamstwo.
Po wyborze popada natychmiast w apatię, ponieważ reguły rozgrywki zupełnie nie odpowiadają wpajanej teorii. W momencie wejścia w skórę polityczną przeżywa szok wobec generalnego rozdźwięku między planem wyborczym a realiami.
To poważne psychiczne problemy i nie każdy potrafi sobie z nimi poradzić, dlatego od czasu do czasu słyszymy o jakimś świetnie zapowiadającym się polityku, który nagle znika z tej trudnej przestrzeni…
Bardziej odpornych utrzymuje wyłącznie korzyść, dla której są w stanie poświęcić psychikę. Od razu zastrzegam, aby Czytelnik nie wziął mnie za żartownisia. Każdy człowiek ma przecież przyrodzoną właściwość do mówienia prawdy.
Wystarczy sprawdzić na dowolnym przykładzie. Jeśli ktoś zapyta, która godzina, to spoglądamy odruchowo na zegarek i odpowiadamy automatycznie zgodnie z prawdą. W pracy zawodowej nikt nie wyuczy się kłamstw, bo szybko zostałby bezrobotnym.
Oczywiście, w jakiś skomplikowanych sytuacjach przychodzi naturalnie ściemniać, ale politycy muszą to robić stale i systematycznie. Wybitni aktorzy potrafią tak sugestywnie oszukiwać, że odbiorcy przyjmują ich słowa za świętą prawdę.
Nie każdy jest dobrym aktorem. Co poradzi na to np. prezydent Krakowa? Kazali mu objąć funkcję i musiał, bo inaczej wyrzucili by go z partii i skończyłaby się platformowa ochrona, czego pewnie rodzina by mu nie darowała…
Nie miał się gdzie nauczyć sugestywnego kłamstwa i obłudy, bo co prawda pochodzi z bujdologicznej krakowskiej uczelni ekonomicznej, ale nawet tam nie wymaga się i nie stosuje oszustwa non stop…
Tymczasem, jak otworzył sejfy, skrywane tajemnice magistrackie wypadły z niego i zobaczył pewnie, że król jest nagi… Jak z tym wszystkim żyć, publicznie coś tam klajstrując dla politycznych potrzeb, bez lawirowania iluzją na co dzień?
Jego poprzednik jeszcze jakoś nadrabiał prezencją. Można powiedzieć, że przynajmniej z wyglądu na ten urząd pasował. Mimo dorabianych mu naklejek przefarbowanego komunisty na demokratę, jakoś udało mu się w tym siodle utrzymać i to sporo nawet lat.
Obecny z wyglądem się minął, więc nie ma czym nadrabiać innych braków. Chwyta się wobec tego każdej możliwości, aby oryginalnie zabłysnąć np. w cyrkowych sztuczkach na dachu, lecz niestety żadnego pozytywnego efektu nie osiągnął.
Do zarzadzania jakiegokolwiek a nie dopiero miastem, w ogóle się nie nadaje, co przy braku umiejętności aktorskiego odgrywania roli stanowi już o totalnej klapie po dopiero dwóch latach rządów, bo zdołał zmobilizować przeciwko sobie wszystkie siły polityczne miasta.
Zebrał co prawda wokół doświadczone osoby z uniwersytetów i innych ważnych instytucji, ale przy braku umiejętnej koordynacji działań wszystko wali się i budzi bardzo poważny opór społeczeństwa krakowskiego.
Aż strach pomyśleć co to będzie jak go nie daj Boże odwołają, bo ci wszyscy prominentni urzędnicy wraz ze swoim zapleczem rodzinnym będą na nim, jak na totalnym nieudaczniku wieszali przysłowiowe psy.
W tych warunkach biedaczkowi niewiele argumentów pozostało, a właściwie tylko jeden, jako ostatnia deska ratunku, czyli bezczelnie śmiałe, bo sprzeczne z pryncypiami demokracji namawianie do bojkotu referendum.
Ma już przetarty szlak, gdyż Donaldowi Tuskowi udało się to zrobić w 2023 r., ale powtarzalność zabiegu nie bardzo rokuje powodzenie, wobec znanego przysłowia chińskiego, mówiącego, że nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki.
Wciągnął więc do gry zasłużoną osobistość, mamiąc nagrodą magistracką. Emerytalna pani profesor niczym nie ryzykuje, gdyż pomysł bojkotu zasłoni sklerozą, a jako żona wybitnego reżysera może zbałamucić inteligencję miejską i biedaczkowi pomóc…?
Karabeusz