Motto: złapał Kozak Tatarzyna, a Tatarzyn za łeb trzyma…
Niedzielny późny wieczór we wszystkich niemal ośrodkach medialnych poświęcony był Krakowowi, którego mieszkańcy według wstępnych prognoz badania opinii publicznej mieli pozbyć się niechcianego prezydenta i Rady Miasta.
Do sukcesu prognostycznego podchodzę z dystansem, pamiętając wstępne wyniki ostatnich wyborów prezydenckich. Prawdopodobieństwo jest duże, że sam los prezydenta miasta został już chyba przesądzony.
Gdyby wliczyć do tego Radę Miasta, to może sukces byłby wielkiego formatu, a tymczasem okazuje się w poniedziałek rano, że prezydent został odwołany, ale zarządca kolegialny pozostał na stołkach. Mamy, zatem klasyczne pyrrusowe zwycięstwo.
Nawet, jeśli następny prezydent będzie np. niepartyjnym przedstawicielem większości mieszkańców Krakowa, to jako zależny od Rady Miasta, będzie miał problemy z korzystną współpracą idącą w dobrym kierunku, niemniej należy życzyć mu szczęścia.
Mnie bardziej niepokoją komentarze po referendalne, a dlaczego pokrótce wyjaśnię. Znaczny wysiłek mieszkańców nie spowodował dyskusji o tym, co zrobić, aby instytucja referendum na stałe była skutecznym orężem służącym do pozbycia się złej władzy?
Sukces w Krakowie będącym w wyborach powszechnych dotychczas kolebką Platformy Obywatelskiej niewiele daje, jeśli ten mechanizm nie zostanie prawnie poprawiony, aby referendum stanowiło rzeczywisty a nie, pozorowany przejaw władzy bezpośredniej.
Obecna konstrukcja prawna referendum zarówno ogólnopolskiego jak i lokalnego jest fatalna i to należy zmienić. Marząc o korzystnym rozwiązaniu referendalnym trzeba przede wszystkim rozpocząć publiczną dyskusję na ten temat, a takowej brak.
Obawiam się, że całe zaangażowanie krakowian może pójść w przysłowiowy gwizdek i zamiast naprawić może jeszcze w ocenie społecznej zdołować referendum, dlatego, że pomija się milczeniem najważniejszą kwestię jego skuteczności.
Nie widać żadnych wysiłków medialnych zmierzających do próby odpowiedzi na pytanie, co zrobić, aby referendum racjonalnie służyło suwerenowi, czy mieszkańcom, zamiast stanowić tylko poważne koszty z ich podatków w sytuacji, gdy okazuje się nieskuteczne.
Przypomina to w jakimś stopniu dyskusje medialne o praworządności. Tu także mamy do czynienie z ogromem narzekań na nieskuteczność jednolitego stosowania prawa, ale żadnej próby odpowiedzi na pytanie – jak to naprawić?
W tym zakresie panuje totalna cisza, tak jakby kwestia naprawy systemu prawnego, czy instytucji referendum wyjęte były przez niewidocznie działające siły ze sceny medialnej i stanowiły tak zwany temat tabu, którego poruszać nie wolno!
Posłużę się chwytliwym przykładem zważywszy na stan służby zdrowia. Jeśli chory pacjent będzie przebadany na wszystkie możliwe strony, ale nie nastąpi diagnoza jak go wyleczyć, to znaczy, że wyrzucamy w błoto przeznaczone na diagnostykę podatkowe nasze pieniądze.
Analogicznie jest z naprawą systemu prawa, czy instytucji referendum. Organizowanie tej ostatniej imprezy w warunkach, gdy z góry wiemy, że istnieje duże prawdopodobieństwo jej nieskuteczności nie ma finansowo sensu.
Przełóżmy to na skalę prywatnej działalności gospodarczej. Czy racjonalny biznesmen będzie podejmował działania, co do których z góry wie, że ich skuteczność jest znikoma? Oczywiście nie podejmie takiego ryzyka w obawie o bankructwo firmy.
Gmina Kraków posiada zadłużenie około 9 mld zł. Dlaczego nie zaczynamy dyskusji o oszczędnościach, czyli racjonalnym wydawaniu pieniędzy? Zamiast tego mami się jeszcze mieszkańców jakimś metrem, na które pieniędzy nie ma, ale obietnica ładnie medialnie brzmi.
Aby krytyka istniejącego stanu prawnego była konstruktywna, odpowiem oczywiście na pytanie, jak naprawić instytucję referendum, by stanowiło skuteczny instrument pozwalający na zmianę złej władzy na lepszą, gdy mowa o skali lokalnej.
To mieszkańcy, a w skali krajowej suweren powinien decydować o przeprowadzeniu referendum. W obecnym stanie prawnym okazuje się, że mandatariusz czyli suweren ma mniejsze uprawnienia aniżeli jego parlamentarni pełnomocnicy, co jest absurdem!
Politycy będą nam oczywiście natychmiast bełtać w głowie twierdzeniem, że puszczenie sprawy na żywioł jest społecznie niebezpieczne, ale przecież mamy europejski przykład Szwajcarii, który pokazuje, że jest wręcz przeciwnie i wszyscy zadowoleni.
Musi być inne podejście do wyborów powszechnych, czyli należy wprowadzić prawny obowiązek uczestnictwa każdego obywatela. Nie ma to nic wspólnego z jakimiś ograniczeniami wolności obywatelskiej.
Chcesz żyć w społeczeństwie, a nie na bezludnej wyspie, to musisz jednostkowo przyczyniać się w wyborach powszechnych do pomyślności całości, a jeśli ci się to nie podoba masz zawsze prawo zmienić obywatelstwo na inne i tym samym kraj swojego pobytu.
Dopóki nie będzie publicznej dyskusji na te tematy, nic się nie zmieni, a władze dowolnego kierunku politycznego będą miały sprytny haczyk dla bezkarnego wyrzucania w błoto naszych pieniędzy, namawiając skutecznie jak 2023 r. do bojkotu referendum.
Karabeusz