OBRONNOŚĆ…

Dzień Wojska Polskiego, przypadający 15 sierpnia 2022 r. jest szczególnie uroczyście obchodzony. To nic dziwnego skoro właśnie PiS nie tylko stoi na straży polskiego żołnierza, ale istotnie przyczynia się do stopniowego wzmacniania naszych sił zbrojnych.

Armia w historii Polski odgrywała zawsze istotną rolę. Zawirowania militarne powodowały istnienie u nas różnego charakteru formacji. Najpierw za Mieszka I i Bolesława Chrobrego mieliśmy, jak donoszą kronikarze, sprawną około 3.000 drużynę książęcą.

Byli to woje zaprawieni w walkach, gdyż takowe nasi pierwsi władcy musieli prowadzić prawie na okrągło. Później wraz z rozwojem państwa i liczebności rodaków kilkutysięczna drużyna przy władcy już nie wystarczała.

Ukształtował się model tzw. pospolitego ruszenia na wypadek zagrożenia suwerenności państwa. Charakter formacji wojskowych już od czasów króla Władysława Łokietka związany był ściśle z panującym ustrojem demokracji szlacheckiej, w którym suweren pilnie strzegł swoich praw, nie dając panującemu możliwości opanowania pełni władzy.

Początkowo rozwiązanie zdawało egzamin. W pewnym jednak momencie okazało się, że nasi sąsiedzi i inne państwa toczące wojny z I Rzeczpospolitą posiadają w znacznych rozmiarach wojsko zawodowe, podczas gdy polska szlachta z uporem ograniczała takie rozwiązanie.

Czas był najwyższy po temu za panowania króla Zygmunta Starego (XVI wiek), ale niedołężny władca zaprzepaścił tę możliwość, mimo, że królowa Bona skrupulatnie zbierała fundusze na ten cel i zebrała sporo, bo kwotę przekraczającą 3-krotne dochody roczne królestwa.

Niestety słaby król dawał się w rokoszu obrzucać jajkami, stąd nazwa „wojna kokosza”, ale nie stać go było na racjonalne militarne kroki. Siłą rozpędu ten stan w podobnym zakresie funkcjonował do czasów uchwalenia Konstytucji 3 Maja (XVIII wiek), która dopiero przewidywała powstanie 100 tysięcznej armii zawodowej broniącej suwerenności państwa.

Było już jednak za późno, aby Ojczyznę uratować, ponieważ wewnątrz kraju zagnieździli się w sporych rozmiarach zdrajcy, którzy dla osobistych korzyści sprzedali państwo polskie zaborcom.

Dzisiejsze ustalenia historyków potwierdzają możliwość powodzenia powstania listopadowego, pod warunkiem jednolicie spójnego działania całego narodu. Musiało przebiec prawie 125 lat zaborów, aby rodacy zrozumieli, że w jedności siła i tylko wspólnymi działaniami jesteśmy w stanie osiągnąć niepodległość.

Powstała na zachodzie ponad 100 tysięczna armia generał Hallera stała się gwarancją powstania państwa polskiego po I wojnie światowej. Oczywiście przyczyniły się do tego działania dyplomatyczne, ale ta armia miała zasadnicze znaczenie.

W wielkich układankach historyczno-dziejowych liczy się niestety tylko brutalna siła i interes. Po zakończeniu I wojny światowej, alianci pod egidą Stanów Zjednoczonych musieli się zgodzić na reaktywowanie państwa polskiego, gdyż na zachodzie istniała potężna armia Hallera, której zlekceważyć nie mogli.

Stawiam tezę, że gdyby tej armii nie było Polska wówczas nie powstałaby. W wielkiej polityce nie ma sentymentów, liczy się tylko interes. Amerykanie mieli już dość wojowania w Europie i chcąc zaprowadzić pokój musieli we własnym interesie zgodzić się na formalne powstanie państwa polskiego.

Faktyczne jego zaczątki już istniały, bo zapoczątkował je marszałek Józef Piłsudski wieloletnią walką o wolność Ojczyzny. Polska nie miała jednak sprzymierzeńców, bo nazwa „bękart wersalski” używana była pod adresem Polski nie tylko przez Niemców, ale także przez Anglików i Francuzów.

Spotkałem się w literaturze historycznej z zarzutem niestworzenia nowoczesnej armii polskiej po zamachu majowym 1926 r. Co do faktu, to prawda. Tyle, że powstaje pytanie jak biedne jak mysz kościelna państwo, egzystujące na zniszczonych terenach działań I wojny światowej, mogło wyasygnować potężne pieniądze na budowę armii, nie mając przemysłu do jej tworzenia?

Dzisiaj minęły 33 lata po zmianie ustroju w 1989 r. i nie stworzyliśmy wystarczającej do obrony III RP armii, w jakiż więc sposób i wręcz jakim cudem nasi wstępni byli w stanie to uczynić w 13 lat?

Dopiero PiS rozpoczął to długofalowe zadanie, a wszyscy poprzednicy zmierzali  w odwrotnym kierunku rozbrojeniowym uważając, że szkoda pieniędzy na obronność. Same traktaty niczego nie rozwiązują, gdyż papier nie jest w stanie nikogo obronić.

Można należeć do NATO, ale układ wtedy nas ochroni, jeżeli sami będziemy posiadać odpowiednio mocną armię. Ze słabym nikt się nie liczy i wszyscy go lekceważą, o czym mogliśmy się przekonać po wybuchu II wojny światowej, kiedy dwa europejskie mocarstwa związane z nami traktatami zostawiły Polskę na lodzie…

Właśnie dzisiaj  w święto Wojska Polskiego powinniśmy o tych okolicznościach doskonale pamiętać. Nie ma mocnej armii, nie ma państwa polskiego, dlatego wszelkie anse przeciwne zbrojeniom, trzeba zaliczyć do zdrady narodowej i propagatorów wyeliminować z polityki, jeżeli nie chcemy doczekać się kolejnych rozbiorów Polski.

Karabeusz