REGRES…

Rozpoczął się nowy rok szkolny. Mamy kolejne zmiany programów nauczania, w tym między innymi zwiększenie lekcji historii Polski. Już słyszę narzekania na zbędność tego zabiegu.

Po co uczyć młodzież naszej historii, lepiej godziny przeznaczyć na specjalistyczne przedmioty. Pozornie być może uwidacznia się w tym twierdzeniu słuszność, ale tylko pozornie.

Znajomość historii Polski wśród naszego społeczeństwa jest słaba, żeby nie powiedzieć znikoma. Równocześnie wszystkie siły polityczne wychwalają i szczycą się przełomem roku 1989, zawłaszczając profity z tego płynące, jedni materialne inni polityczne…

Młodzi ludzie nie bardzo wiedzą dokładnie, co po tym roku się stało i w jakich realiach oraz dlaczego w związku z tym przychodzi im egzystować? Młodzież wciąga się do polityki bez przygotowania historycznego, mimo, że z praktyki wiemy, że historia jest matką doświadczeń przynoszących wnioski dla lepszej przyszłości.

Czego dzisiaj uczy się młode pokolenie, które w niedalekiej przyszłości przejmie stery rządów? Uczy się niczego, co wyraźnie wykazał ostatni „Kampus”, o którym bardzo szeroko rozprawiano zwłaszcza na łamach TVN-u.

Przysłuchiwałem się tym wypowiedziom młodych ludzi, mając nadzieję, że czegoś konkretnego się od nich dowiem. Tymczasem nic – tabula rasa. Wyświechtane zwroty powtarzane identycznie przez kolejnych młodych uczestników zgromadzenia.

Najczęściej typu: ciekawa impreza, dużo się nauczyłam/nauczyłem, ale czego, nie wiadomo, choćby na jednym, minimalnym przykładzie! Nic, zero. Z zachwytem donoszono o powtarzaniu „Kampusu”, czyli zero podniesione do dowolnej N potęgi będzie nam dawać zawsze zero.

To są zresztą prawdy oczywiste, bo co ciekawego może młodzieży powiedzieć polski rozbójnik gospodarczy, czy facet uważający w oficjalnym opracowaniu naukowym, że polskość, to nienormalność!?

Właśnie nauka historii Polski ma naszej młodzieży uzmysłowić, jakim narodem jesteśmy, jakie błędy w przeszłości popełniliśmy i na tych doświadczeniach tworzyć nowy, lepszy byt dla naszego narodu.

Tymczasem organizatorzy „Kampusu” zmierzają w kierunku upadku państwa polskiego, wmawiając może młodzieży, że nie potrzeba być Polakiem, wystarczy być Europejczykiem!

Dowodnie o tym świadczą konkretne fakty zaistniałe na granicy z Białorusią, gdzie bojówki naszej opozycji zmierzały do rozmontowania państwa polskiego, poprzez nielegalne wpuszczenie do Polski i na teren UE obcych, niemających do tego prawa.

Usiłowano skompromitować rządzących i przez ową zadymę doprowadzić do zamachu na legalną demokratycznie wybraną władzę. Patrząc na działania dzisiejszej prawie całej opozycji, widzę jak w lustrze powtarzające się tragedie Rzeczypospolitej.

Widzę tych zdrajców z Kiejdan, opisywanych przez Henryka Sienkiewicza w „Potopie”, którym nie chodziło o dobro Polski, choć, na co dzień mieli je na ustach, ale o własną kasę i w tym celu byli w stanie sprzymierzyć się nawet z diabłem pustoszącym mieczem ziemie polskie…

Dzisiaj jest podobnie. Większość opozycji jest w stanie zdeptać nie tylko polskość, ale nawet własne uprzednie zasługi, byle tylko zachować profity pozyskane bezprawnie, krętacko, lub co najmniej nagannie moralnie.

Wszelkimi legalnymi i nielegalnymi sposobami usiłują zniszczyć władze, która zdecydowała się podjąć niezwykle trudne dzieło naprawy Rzeczypospolitej. Tym sprzedajnym pachołkom nie jest potrzebna ani Polska, ani demokracja, ani poprawny system prawny, a tym bardziej sprawiedliwe sądy.

Tych ostatnich obawiają się najbardziej, gdyż sprawność wymiaru sprawiedliwości wielu z nich mogłaby zaprowadzić za kratki. Z tego powodu od 2015 r. rozpoczęli walkę z naprawianym przez PiS wymiarem sprawiedliwości, zaczynając od zadymy z Trybunałem Konstytucyjnym, a kończąc na Izbie Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego.

Wbrew faktom i zdrowemu rozsądkowi zarzucają polskiemu wymiarowi sprawiedliwości brak bezstronności, aby stworzyć sobie tarczę, na wypadek własnej odpowiedzialności przed nim.

Mamy jak na dłoni powtórkę historii opisywanych na kartach „Trylogii” Henryka Sienkiewicza. Różnica jest jednak dość istotna. Ówczesna demokracja szlachecka ze sławnym liberum veto na czele, była trudna do zmiany, ponieważ prawami obdarzała tylko szlachtę i magnaterię, a praw publicznych o charakterze równościowym nie przewidywała dla mieszczaństwa i stanu chłopskiego.

Nawet zdecydowana większość ówczesnego społeczeństwa polskiego nie  była w stanie, bez krwawych rozruchów rewolucyjnych niczego zmienić. Dzisiaj każdy obywatel, zgodnie z zapisami Konstytucji RP ma równe prawa wyborcze i może przy pomocy kartki wyborczej usunąć, wyrzucić z życia publicznego zdrajców.

Aby do tego doszło, konieczna jest jednak intensywna edukacja historyczna młodego pokolenia, bo czego się Jaś nie nauczy, tego pełnoletni wyborca nie będzie wiedział. W skali mądrości narodu widoczny jest jednak regres, bo nawet niektórzy rozsądni rodacy kwestionują naukę historii Polski.

Karabeusz