Chorągiewka na wietrze, ot dyplomatołek,
Zdobywszy już najwyższy polityczny stołek,
Musi spłacać należność wielkim poplecznikom,
Stąd dziwić się nie można krajowym wynikom…
Obiecał odprawiczyć scenerię do szczętu…
I, dlatego pomimo stałego fermentu,
Idzie przeciw prawości konsekwentnym krokiem,
A na wszelkie zarzuty, nie mrugnąwszy okiem,
Zmienia zdanie stosownie do skali pozycji,
Wykazując odwagę, zaparcie kondycji.
Żadna wielkość nie straszna w ogóle dla niego –
Może mocarz imiennik nazwie go, kolego…?
Chciałby zasiąść przy stole, choćby w Waszyngtonie,
Taka bliskość stosunków już u niego płonie.
Chociaż krzyczy wytrwale i żąda pokoju,
Tam, najwyżej go wpuszczą może w przedpokoju.
Mógłby ducha wykazać i hartu odwagę,
Gdyby swoją ojczyznę postawił na wagę…
Urządzenie od razu przegięłoby szalę,
Lecz blefuje na obcych salonach już stale.
Londyn, Berlin i Paryż to jego orbity.
Po naradach powraca niezwykle przybity,
Bo, mu każą odszczekać przechwałki niebyłe –
Bezpieczeństwo powszechne to stany zawiłe…
Zamiast grzmieć na mocarza i urągać jemu,
Nie pojmuje tej zmiany w dyplomacji – czemu…?
Pięćset ma się obawiać jakichś trzystu paru…?
Sfrustrowany, bezwolnie wstępuje do baru.
Tam rechocą z pyszałka paszkwilanckim śmiechem,
Jak odwaga uchodzi mu z każdym oddechem
Prostującym wytwory bujnej wyobraźni –
Facet już nie ogarnia, jako sam się błaźni!
Przymuszony bez wyjścia, ciśnie dyplomację,
Może tam, w Ameryce stworzą jakąś rację…?
Cienko piszczą niestety bez ambasadora.
Dla puknięcia się w głowę, już nastała pora.
Można cofnąć błąd każdy, skoro chwila taka –
Nie należy udawać bez gazu junaka…!
Dopiero, kiedy w barze mocno miał już w czubie –
Zrozumiał to przysłowie – jako i Bóg Kubie…!
Tadeusz Miłowit Lubrza