PODSUMOWANIE…

Motto: jedenaście bramek w meczach o medale to sporo, ale żenada sędziowania pozostaje…      

Skończyły się Mistrzostwa Świata w piłce nożnej 2026, toteż kilka słów oceny ciśnie się nieuchronnie na usta. Jako najpopularniejszy sport, odzwierciedla w jakimś sensie nasz kibiców stan ducha.

To, co oglądaliśmy nie odbiega od charakteru innych stosunków społecznych. Sądząc po meczu finałowym były to niestety słabe mistrzostwa, bardziej eksponujące otoczenie różnorodnością krajów, w których rozgrywano pojedynki, aniżeli samą piłkę nożną.

Oglądałem wszystkie mecze finałowe Mistrzostw Świat od 1966 r. i muszę powiedzieć, że tegoroczny najbardziej rozczarował. Nie neguję zwycięstwa Hiszpanów i wicemistrzostwa Argentyńczyków, gdyż obie ekipy na to zasłużyły.

Negatywnym cieniem kładzie się w ogóle sędziowanie, wypaczające często wynik meczu. Mimo istnienia VAR-u, czyli mechanizmu pozwalającego sędziom zbliżyć się do ideału, arbitrzy w wielu przypadkach nie dorośli do swojej roli.

Mecz finałowy został wypaczony przez sędziego, przede wszystkim wadliwą żółtą kartką za machnięcie ręką przez zawodnika niezadowolonego z decyzji arbitra. W konsekwencji, ten gracz otrzymał słusznie drugą kartkę żółtą zamienioną na czerwoną i osłabił drużynę.

Co by było, gdyby było, czyli gdyby Argentyna grała w pełnym składzie, nie wiemy, może wynik pozostałby taki sam, ale nie zmienia to postaci rzeczy, że błąd sędziego przyczynił się w każdym razie do przebiegu gry istotnej dla kibiców.

Hiszpanie oceniając całościowo, zasłużyli na mistrzostwo, choć w meczu finałowym do momentu strzelenia gola sprawiali wrażenie bezradnych, pozbawionych strzelca w rodzaju Roberta Lewandowskiego. Tyle zmarnowanych okazji na bramkę dawno nie oglądałem.

Argentyńczycy na starcie meczu byli już o jeden dzień odpoczynku do tyłu w stosunku do Hiszpanów. Dodając średnią wieku zawodników i przebyte kilometry w podróżach na stadiony, gdzie rozgrywali mecze, łatwo zrozumieć przyjętą przez nich taktykę gry…

Oni chcieli dotrwać w meczu do końca, a przecież wszystko mogło się skończyć na rzutach karnych. W przyjętym stylu gry Argentyny, trudno było spodziewać się  wspaniałych widowiskowych wyczynów Messiego.

Mistrz nie przedkładał własnych bramek nad dobro drużyny, w czym również przejawia się jego wielkość. Właściwie oprócz krytyki sędziowania i świetnego strzału Torresa zamienionego na gol niewiele więcej można o tym meczu powiedzieć.

Na szczęście pojedynek o brązowy medal przyniósł kibicom wiele frajdy w postaci dziesięciu bramek, co na poziomie czterech najlepszych drużyn świata dotychczas nigdy nie miało miejsca.  Ten mecz ma ciekawą historię.

Rozpoczęło się od tego, że obie drużyny zdeprymowane porażką w półfinale nie przejawiały ochoty do gry. W tej sytuacji trenerzy wystawili rezerwowych graczy, może z wyjątkiem MBAPPE, który chciał powiększyć swoje konto bramkowe.

Pierwsza połowa pokazała, że francuski napastnik jest przereklamowany, ponieważ bez wsparcia kolegów wystawiających korzystne podania na pole karne, niewiele potrafi, bo ani raz celnie nie trafił na bramkę, choć miał trzy, czy cztery okazje po temu.

Rezerwy angielskie okazały się zdecydowanie lepsze od francuskich, stąd nawrzucali przeciwnikom cztery gole. W drugiej połowie meczu Francja wystawiła optymalny skład i zaczęła nadrabiać brakujące gole.

Moim zdaniem, Anglicy chyba spuścili z tonu, sądząc, że przy czterobramkowej przewadze dowiozą zwycięstwo do końca meczu, co przy tej klasie drużyn wydawało się prawdopodobne, ale okazało się jednak błędem taktycznym.

Dopiero pod koniec meczu Anglia na szczęście wprowadziła na boisko najlepszych swoich strzelców, stąd Francuzi nastrzelali im wcześniej cztery bramki, a w końcówce meczu dostali w rewanżu tylko dwa gole.

Nieprzewidywalny przebieg pojedynku, w tym kolejność strzelanych bramek z obu stron stanowiły wspaniałą radość dla kibiców, gdyż dziesięć golik w piłce nożnej zdarza się bardzo rzadko, a na Mistrzostwach Świata to jest wręcz przysłowiowy biały kruk…

Patrząc przez pryzmat walki o brązowy medal trzeba będzie zapamiętać te nadzwyczajne piłkarskie zapasy, choć i tak nic nie usunie niesmaku meczu finałowego. No, cóż niektórzy trafnie radzili, że powinien sędziować Marciniak i nie byłoby wstydu!

Tadeusz Miłowit Lubrza

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *