Lazurowy nieboskłon w Kosarzyskach blasku
Cieniem bije ogromu iglastego lasku.
Słońce z braku dyskrecji horyzont rozwija,
Tym samym urokliwość półmroku przemija.
Ranek rozpościerając jasność przeogromną,
Zapowiedzią upału jest jakby przytomną.
W tle bryluje półgłosem szmerek samolotu,
Smugę pozostawiając ogonową lotu.
Ostrość horyzontalna przenika przestrzenie,
Wyrazistość kierując w niebieskie sklepienie.
Świt buduje dzień cały porażeniem Słońca,
Jakby chciał trwać najdłużej do samego końca.
Niknie w chwili magicznej, ustępując blaskom,
Co sprawia, że już można ulegać poklaskom
Rozbudzonym natrętną iskierką Słoneczka,
Pobudzonym do wstania też zapachem mleczka…
Dzień roztacza wierzeje bezchmurnego nieba,
Stąd ochronna wystąpi cielesna potrzeba
Przed nadmiernym słupeczkiem termometru rtęci,
Bo, on sunie do góry, jakby bez pamięci.
Las i strumień przyjmują ochronną postawę
Chociaż trudno w upałach wychwalać agawę,
Można zaznać bez trudu uroku cienika,
Który nieco ochładza i ukrop zanika.
Tym się różni koloryt piwniczańskiej skali,
Że choć upał nadchodzi niezwykły z oddali,
Promienieje dosadnie, łagodnieje w cieniu
I stąd z wielką lubością ulegam wspomnieniu
Urokliwych przebytych zdrojowych tygodni –
Jako zwykłe mieszczuchy jesteśmy wciąż głodni –
Żaden żar tu nie straszny, żadna kanikuła,
Gdyż Piwniczna roztacza swoje wdzięki, czuła.
Tadeusz Miłowit Lubrza