Motto: podstawowa zasada, którą rządzi się polityka…
Wysłuchałem rozmowy Jana Pospieszalskiego z Leszkiem Pietrzakiem, autorem książki pt. „Zakazana historia aliantów”. Z całokształtu wypowiedzi przebija myśl w postaci zdrady zachodnich aliantów względem polskiego sojusznika powtarzana też werbalnie.
Nie polemizuję zbytnio z tym poglądem, gdyż piszący książkę historyczną ma prawo do własnej oceny zdarzeń. Postanowiłem jednak dokonać uzupełnienia dialogu o pytanie najistotniejsze – dlaczego alianci względem Polski tak postępowali?
Aby udzielić rzeczowej odpowiedzi trzeba sobie uzmysłowić w sposób aksjomatyczny, czym jest polityka i jaką główną, podstawową, niezbędną zasadą się rządzi? Jest to metoda postępowania zmierzająca do osiągnięcia korzyści.
W polityce nie liczą się piękne hasła, czy ideały, ale realna korzyść. Te wspaniałe słowa mogą stanowić tylko tak zwaną zasłonę dymną, aby zainteresowanych wprowadzić w błąd. Kto tego nie zrozumie, ten w ogóle o polityce nie powinien dyskutować!
W układzie politycznym między państwami obowiązuje zasada „do ut des”, czyli daję, abyś dał, co oznacza, że nikt, nikomu, nic, za darmo nie daje, ale bezwzględnie zawsze oczekuje rewanżu, czyli wzajemnej korzyści i tym warunkuje swoje postępowanie.
Dzień 1 września kojarzymy ze zdradą aliantów, którzy nie udzielili obiecywanej traktatowo pomocy. Trzeba jednak zapytać, czy europejscy alianci, czyli Francja i Anglia miały interes w tym, aby we wrześniu 1939 r. udzielić nam militarnej pomocy?
Otóż, nie mieli żadnego interesu i dlatego pomocy nie udzielili, co łatwe było do przewidzenia dla średnio trzeźwo myślącego logicznie człowieka. Dlaczego nasi wstępni w taką pomoc święcie wierzyli?
Pewnie dlatego, że wysoce cenili zawarte traktaty militarne, których wartość z pominięciem zasady „do ut des” sprowadzała się do kosztu papieru, na którym uzgodnienia zostały spisane. W efekcie traktowano nas na zachodzie, jako wybitnie naiwny naród.
W końcowej części rozmowa zeszła na bieżące pytanie, czy art. 5 traktatu NATO gwarantuje Polsce rzeczywistą obronę militarną? Odpowiedzi na to proste pytanie należy szukać właśnie wyłącznie w zasadzie „do ut des”.
Realna obrona zależy dzisiaj od interesu USA, gdyż NATO bez armii tego państwa praktycznie niewiele znaczy. Nasz żywotny interes polega na utrzymywaniu ze Stanami Zjednoczonymi możliwie najlepszych stosunków militarno-gospodarczych.
Tymczasem obecna władza i jej lider zachowują się tak, jakby strzelali sobie, a właściwie nam, w przysłowiowe kolano… Kardynalnym błędem jest niewykorzystanie szansy, kiedy to sam przywódca USA wyciągał do nas rękę w sprawie takiej współpracy.
Władze zachowują się niejednoznacznie jak głupie rozkapryszone, albo przez kogoś podpuszczane do niewłaściwego zachowania, dziecko. To przypomina druzgocący błąd premiera Władysława Sikorskiego w czasie wojny w sprawie mordu w Katyniu.
Nie czas żałować róż, gdy płoną lasy, które to przesłanie obce było generałowi Władysławowi Sikorskiemu, skoro ujmując się w nieodpowiedniej chwili za pomordowanymi w Katyniu, zgotował całemu narodowi kompletny upadek.
Do czasu ujawnienia zbrodni katyńskiej premier W. Sikorski zdołał sobie wyrobić bardzo pochlebną opinię na zachodzie, gdzie traktowano go, jako poważnego męża stanu. Przede wszystkim uznanie osiągnął za wyciągnięcie z łap Stalina armii W. Andersa.
Kardynalny błąd w sprawie Katynia, polegający na próbie skłócenia aliantów nie tylko przyczynił się prawdopodobnie do zamachu na jego życie, ale co gorsza miał zasadniczy wpływ na traktowanie polskiego rządu emigracyjnego po śmierci generała.
Dlaczego w Teheranie, w Jałcie i w Poczdamie alianci nas zdradzili? Zrobili to z prostego powodu, gdyż nie mieli żadnego interesu w innym postępowaniu. Generał W. Sikorski skompromitował się w ich oczach, podnosząc w połowie 1943 r. sprawę katyńską.
Wytrawni politycy zachodni nie byli w stanie zrozumieć, jak poważny mąż stanu mógł zdecydować się na działania zmierzające do rozbicia koalicji antyhitlerowskiej w środku wojny, kiedy jej wynik był bardzo niepewny?
Późniejsze powstanie warszawskie, także niebędące zachodowi na rękę pokazało brak jednoznacznych rozkazów ze strony rządu emigracyjnego, co utwierdziło zachód w przekonaniu, że nasz rząd nad niczym nie panuje, stąd nie ma po co się z nim liczyć.
Trzeba starać się spoglądać na relacje z zachodem wedle obiektywnych kryteriów i zasad rządzących polityką, a mniej utyskiwać na zdradę, zwłaszcza, że współcześnie jest ona pomimo widocznej na pierwszy rzut oka anarchii, wewnętrznie tolerowana przez naród.
Historia jest ważna o tyle, o ile służy wnioskom dla przyszłości. Nic nie leży na przeszkodzie, aby rodacy wyciągnęli właściwe przesłania z błędów historii i powrócili do jednoznacznej współpracy z USA, bo dziś tylko Amerykanie mogą nam zapewnić bezpieczeństwo.
Nie da się grać na dwa fronty i udawać taką współpracę, a z drugiej strony podstępnie wbijać przywódcy koalicjanta szpilę w plecy…Opowieści o odwróceniu się USA od Europy, to bajki wiadomego rosyjskiego pochodzenia, gdyż hegemon żąda tylko od członków NATO łożenia na zbrojenia zgodnie z zasadą „do ut des”, a Polska warunek spełnia.
Karabeusz